Don Hewitt nie chciał tylko przekazywać wiadomości. Chciał, żeby było seksownie.
Kiedy wypuścił „60 minut”, jasno przedstawił swój cel: połączyć szorstki realizm filmu dokumentalnego z olśniewającym urokiem hollywoodzkiej fikcji. Nie widział różnicy pomiędzy twardymi faktami a rozrywką. Widział produkt. Coś, co sprzedaje.
Forma jest rygorystyczna, nawet jeśli temat nie jest. Każdy odcinek wymaga trzech części. Każda sesja trwa około 15 minut. Więcej nie. Nie mniej.
To trwałe pudełko. Ale co jest w środku? Szeroko eklektyczny.
Hewitta nie obchodzi, czy chodzi o senatora z Waszyngtonu, kontrowersje wokół zagranicznej stolicy, czy najnowszy trend w popkulturze. Jeśli to prawda, mogłoby to skończyć się w serialu. Sztuka polega na tym, aby sprawić wrażenie hitu kinowego.
Takie podejście zmieniło sposób, w jaki Amerykanie konsumują informacje. Nie chodzi tylko o to, żeby wiedzieć, co się dzieje. Chodzi o to, żeby to poczuć.
„Prawdziwe opakowanie jest równie urzekające, jak fikcyjne opakowanie Hollywood”.
Formuła zadziałała. Ten program to coś więcej niż tylko relacjonowanie wiadomości. Zakłada je. Jednocześnie stworzył szablon, który od dziesięcioleci każdy serwis informacyjny próbuje naśladować.
Hewitt udowadnia, że prawda nie musi być nudna. Trzeba to tylko poprawnie powiedzieć.
Reszta to historia. I telewizyjne złoto.






















